Najcenniejsza porada Matki
Opowiadania
1
Rok 1621 niósł Europie ciężki czas. Sułtan Osmana II, wiedziony imperialnymi zapędami, wyruszył podbić cały kontynent. Muzułmańska nawałnica nadciągała najpierw w kierunku południowych rubieży Rzeczpospolitej. Choć polskie swary ucichły i Sejm uchwalił przygotowania wojenne, a wodzem został hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, środki obronne ginęły w morzu potrzeb. Armia osmańska, licząca sto pięćdziesiąt tysięcy wojowników, oblegała twierdzę Chocim. W jej obronie stanęło wojsko polsko-litewskie z Kozakami w liczbie około pięćdziesięciu tysięcy.
Mijał już trzeci tydzień, gdy trwała obrona twierdzy. Jej atutem było zmyślne ufortyfikowanie szańcami z fosami oraz naturalne zabezpieczenie od tyłu Dniestrem. Wódz osmański pomimo trzykrotnej przewagi wojsk od drugiego września bezskutecznie szturmował bastion. Jego największym sprzymierzeńcem był czas, ograniczone zapasy żywności i amunicji oraz choroby, które siały spustoszenie wśród obrońców.
Jesienny deszcz właśnie płakał pożegnalnym smutkiem, a wszystko wokół zapowiadało potężną burzę. Wtem na zamkowym korytarzu rozległ się stukot podkutych obcasów i ostrogów. Oto oficerowie wojsk polskich, litewskich oraz starszyzna kozacka mknęli ku komnacie wielkiego wodza. Przybywający z gasnącą nadzieją przyglądali się cieniowi człowieka leżącego na posłaniu. Gdyby nie hetmańska buława, którą Chodkiewicz trzymał w dłoni, mało kto by rozpoznał, kim jest ten konający starzec.
Oficerowie stawali w krąg przy łożu zwierzchnika. Zdejmowali z głów futrzane czapki i kołpaki, po czym pochylali się nad swym przywódcą. Jedni klękali, oddając mu cześć, inni znowu ronili gęste krople łez, przeczuwając bliski koniec jego żywota. Szum deszczu i westchnień rycerstwa przeradzał się jakby w głęboką ciszę, którą niespodziewanie przerwał huk gromu. Nagle błyskawica rozświetliła mroki komnaty, oświecanej przez tańczące w przeciągu ognie świec.
— Już niedługo będę z wami… — rzekł hetman ostatkiem sił. — Los Rzeczypospolitej i całej Europy leży w waszych rękach… Los kobiet i dzieci, starców i młodych… Jeśli nie stawicie czoła tej muzułmańskiej nawałnicy, kościoły zamienią się w meczety, wasze żony i córki trafią w jasyr do haremów, synowie i wnuki na targ niewolników w Stambule, a wy będziecie eunuchami pozbawionymi życiodajnego nasienia… Przysięgnijcie na Boga w Trójcy Świętej Jedynego i Bogarodzicę, że nie poddacie twierdzy!
— Przysięgamy! — zagrzmiały głosy.
— A teraz — ciągnął dalej, a jego słowa stawały się coraz cichsze — przywołajcie do mnie Stanisława, mojego szwagra…
Zrazu wezwany wyszedł z tłumu i uklęknął u stóp hetmana.
— Mości panowie, pełen powagi chwili ogłaszam wszem i wobec — kontynuował Chodkiewicz — że moją wolą jest, aby starosta Stanisław Lubomirski został moim następcą, gdy lada godzina Chrystus powoła mnie do wieczności…
Niezwłocznie przekazał mu buławę, a wszyscy skłonili głowy przed nowym dowódcą, choć w innych okolicznościach nie udzieliliby jednomyślnej zgody.
2
Tymczasem na początku października jezuita ojciec Mikołaj Oborski modlił się w poznańskiej kaplicy przed Ukrzyżowanym. Wtem sufit jakby się przedarł i ukazało mu się niebo, a na nim twierdza chocimska otoczona niezliczoną armią sułtana. Nad fortecą górowała postać pięknej kobiety, w której rozpoznał Najświętszą Maryję Pannę.
Wygląd Matki Bożej od razu przywołał mu w pamięci dokładnie ten sam wizerunek, który znajdował się u dominikanów w Krakowie. Oto pełen wzruszeń spoglądał na oblicze Matki Bożej Zwycięskiej Różańcowej z Dzieciątkiem na ręku, która z troską przypatrywała się obronie Chocimia przed zalewem potopu wojsk muzułmańskich.
Całe hordy sułtana, przy ryku słoni i dźwięcznych gongach ruszały do natarcia, poprzedzone kanonadą ze stu armat. Janczarzy nacierali z furią, a za nimi nieregularna armia turecka uzbrojona w łuki i szable. Wkrótce wszystkie formacje osmańskie szturmowały wały twierdzy, która broniła się ostatkiem sił. Gdy zdobyli szańce, los obrońców wydawał się przesądzony.
— Twierdza za chwilę padnie — powtarzał Oborski, a na jego czoło wystąpił pot.
Tymczasem na niebie ukazał się święty Stanisław Kostka z różańcem w dłoni. Jezuita spostrzegł, że młodzieniec uklęknął u stóp Matki Bożej i zaczął ją błagać, aby ochroniła chocimski bastion, a tym samym Rzeczpospolitą przed cieniem półksiężyca. Wtedy na gorącą prośbę Najświętszej Maryi Panny z rąk Dzieciątka Jezus wyszły promienie, które rozświetliły dusze obrońców nadzieją dającą im otuchę i moc do dalszej walki…
3
Następnego dnia ojciec Oborski dotarł do biskupa krakowskiego Marcina Szyszkowskiego, który przyjął go w swym pałacu, a następnie wysłuchał opowiedzianej przez niego wizji. Gdy jezuita skończył, biskup zapytał:
— I mówi ojciec, że święty Stanisław Kostka wstawiał się za obrońcami?
— Tak, Jego Ekscelencjo, modlił się przed obrazem Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej. A oblicze Maryi było takie samo, jak na tym świętym obrazie u dominikanów…
— Niebywałe… Czy ojciec wie, że ten obraz był jedną z wielu kopii, która powstała jako wotum wdzięczności za zwycięstwo katolików w bitwie morskiej pod Lepanto z przeważającą flotą muzułmańską? Jednak zanim trafił do krakowskich dominikanów, był w kolegium jezuickim w Rzymie. To przed nim święty Stanisław Kostka modlił się, powierzając Maryi swoje młode życie…
— Zaiste to niezwykłe— odrzekł ojciec Oborski.
— Czyż to nie jest znak z Niebios — ciągnął biskup — że mamy przygotować taką samą procesję jak ta, która miała miejsce w Rzymie pół wieku temu, gdy muzułmanie nacierali pod Lepanto? Wiemy z pewnych źródeł, że hetman Chodkiewicz zmarł i sytuacja obrońców jest opłakana… Zróbmy więc to, co zleca nam Maryja!
Trzeciego października ruszyła od krakowskich dominikanów procesja różańcowa z obrazem Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej. Szło w niej nie tylko trzysta osób niosących zapalone świece i stu królewskich śpiewaków, którzy intonowali modlitwę różańcową, ale podążał nią przede wszystkim niezliczony tłum krakowian.
Nieprzebrana rzesza mieszkańców ruszyła w procesji różańcowej ulicami byłej stolicy. Wyśpiewywali Zdrowaśki tak gorliwie, jakby od ich modlitwy zależał los obrońców z Chocimia i całej Rzeczypospolitej. Szły rodziny, kobiety, dzieci i mężczyźni. Byli zarówno starcy, jak i ludzie w sile wieku. Każdy z różańcem w dłoni słał do Niebios piękne duchowe róże.
Tego samego wieczoru, gdy z miasta Kraka kto żyw wzywał pomocy Pana Boga, Stanisław Lubomirski czuwał w zamku chocimskim, gdyż wiedział, że właśnie waży się los Rzeczypospolitej. Świadomość, że po ostatnim szturmie muzułmanów pozostała mu jedna beczka prochu, a żołnierzy dziesiątkują od miesiąca głód i choroby, spędzała mu sen z powiek…
4
I właśnie wtedy, w nocy z trzeciego na czwartego października, stał się kolejny cud. Gdy Lubomirski przewracał się z boku na bok nie mogąc zasnąć, oto jego komnatę rozjaśniła tak wielka światłość, jakiej nigdy jeszcze nie widział nawet w słoneczny dzień.
W blasku tej wspaniałej jasności promieniującej wszystkimi barwami ukazała się Piękna Pani. Niezwykłość Jej urody sprawiła, że od razu rozpoznał w Niej Maryję. Wtedy z Jej ust wyszło tylko jedno święte słowo:
— Wytrwałość!
Wtem Matka Boża zniknęła, a Lubomirski padł na kolana i zaczął odmawiać Różaniec. Podczas, gdy czuwał na modlitwie, powoli dochodziło do niego, czego oczekuje Maryja. Nagle jego duszę zalała błoga ufność i niewzruszona pewność zwycięstwa. Zrozumiał, że w czasie zbliżających się rokowań musi postawić się sułtanowi i usilnie obstawać przy swoich warunkach. Nie może na krok ustąpić, ale powinien twardo negocjować, jakby dysponował tysiącem beczek prochu.
Następnego dnia dał odpowiedź Osmanowi II, że nie przyjmuje jego hańbiących postulatów i żąda powrotu do starych umów. Zagroził władcy, że jeśli na to nie przystanie, będzie kontynuował obronę twierdzy aż do skutku. Tymczasem sułtan struchlał na jego słowa. Zaczął posyłać coraz łagodniejsze propozycje, które — wiedziony świętym natchnieniem Matki niczym busolą — Lubomirski odrzucał. Po trzech dniach, zrezygnowany tyran skapitulował, a traktaty pokojowe rozwiały mrzonki osmańskiego władcy o podboju chrześcijańskiej Europy.
Sława Lubomirskiego obiegła cały kraj, ponieważ dzięki jego wytrwałości Rzeczpospolita stała się na długie lata przedmurzem chrześcijaństwa. Gdy pewnego dnia zatrzymał się w karczmie na wypoczynek, podszedł do niego nieznany szlachcic i zapytał:
— Jakim cudem, walcząc z trzykrotnie liczebniejszym przeciwnikiem, straciliście tylko czternaście tysięcy wojska, gdy Osman utracił czterdzieści tysięcy, a do tego obroniliście twierdzę i Rzeczpospolitą dysponując jedną beczką prochu?
Lubomirski spojrzał w górę, wyciągnął z kieszeni różaniec, a następnie odrzekł z prostotą:
— Gdyby nie Ona, gdyby nie Matka Boża Różańcowa Zwycięska i jej święte słowo „Wytrwałość”, Bóg jeden raczy wiedzieć, co by teraz z nami było…
Król Zygmunt III Waza wystosował prośbę do Stolicy Świętej o ustanowienie liturgicznego święta dziękczynienia Bożej Opatrzności za zwycięstwo pod Chocimiem z roku 1621. Życzenie przyjęto z aprobatą i do dziś dnia w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego obchodzone jest dziesiątego października.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Opowiadanie, za zgodą autora Pana Macieja Bukoskiego, zaczerpnięto ze strony http://www.sanctamaria.pl/
Zachęcamy do zapoznania się z wszystkimi historiami.
